Jaecoo zdobyło szturmem polski rynek. Marka, o której jeszcze niedawno nikt nie słyszał, na tyle spodobała się prywatnym odbiorcom, że bardzo łatwo spotkać te auta na ulicy. Przoduje w tym model 7.
Nie dziwi mnie to, bo Jaecoo 7 wyróżnia się spośród wielu podobnych chińskich aut. Chińczycy oferują w Polsce głównie SUV-y, bo na takie auta nadal jest moda. Niestety większość z nich wygląda bardzo podobnie. Jaecoo 7 ma wyraźnie inny styl, bardziej terenowy, nawiązujący do Range Rovera, co mi nie przeszkadza, a wręcz się podoba. Auto wygląda ciekawie i nie jest nudne. W ofercie jest odmiana hybrydowa, ale także „zwykła”, spalinowa. Każda z nich ma inne wnętrze i inny charakter. Hybryda prezentuje bardziej elegancki styl, a odmiana spalinowa, bardziej surowy. Trudno dziś o SUV-a, który potrafi sobie poradzić w terenie. Bryluje w tym Dacia. Dlatego zainteresowała mnie wersja z czystą benzyną, zaopatrzona w napęd na cztery koła. To rozwiązanie nie tylko dla fanów jazdy w terenie. Napęd 4WD sprawdza się przez cały rok, na mokrej lub śliskiej nawierzchni.
Przyglądam się temu auto z zewnątrz bardzo uważnie, bo nowość zawsze budzi zainteresowanie. To nowa marka dla naszego rynku i nie wiadomo, czego się spodziewać. Ale styl zewnętrzny to mocna strona chińskich aut. Uwagę zwraca dwukolorowe nadwozie – czerwony lakier i czarny dach. Ale mnie bardziej podobają się chowane klamki. Wysuwają się i chowają, gdy podchodzisz lub oddalasz się od auta. Niestety ten estetyczny gadżet przegrał z wymogami bezpieczeństwa i związku z ryzykiem, że klamki nie otworzą się po kolizji, rezygnuje się z tego rozwiązania. Jaecoo 5, które debiutowało później, już tego rozwiązania nie ma. Euro NCAP zapowiedziało, że nie będzie przyznawać kompletu punktów autom, które takie klamki posiadają.
Wsiadam do środka. Pierwsze wrażenie jest bardzo dobre, bo wersja Offroad to nie tylko napęd na cztery koła, ale także terenowa stylistyka w środku. Boczki drzwi i konsola środka są inne niż w wersji hybrydowej. To zupełnie niedzisiejsze podejście, aby różnicować elementy wnętrza w zależności od wersji. Obecna europejska unifikacja i oszczędność mówi takim do niedawna normalnym rozwiązaniom stanowcze nie. Fotele są mięsiste, a materiały ładne i miękkie. Z przodu siedzi się dość wysoko, nawet w najniższym ustawieniu fotela. Nie każdemu przypadnie to do gustu, ja wolę siedzieć niżej. Podoba mi się za to, że wielki centralny ekran umieszczono pionowo. To wygląda o wiele lepiej, płynniej komponuje się z tunelem środkowym. Sam interfejs ekranu wydaje się prosty, ale wymaga nieco nauki. Mnogość funkcji, które obsługuje sprawia, że trzeba trochę pogrzebać, najlepiej na postoju. Po paru dniach jest już łatwiej. W tunelu środkowym znalazł się lewarek automatycznej skrzyni biegów, czego nie ma w odmianie hybrydowej. Tam biegi zmienia się selektorem przy kierownicy. Obok jest także kilka fizycznych przycisków (np. ogrzewania przednich foteli) i pokrętło do wybory trybu jazdy.
Zaglądam pod maskę. Nie ma chamskiego patyka, tylko amortyzatory. Nie ma również mechanicznej blokady zamka, którą czasem ciężko wymacać. Maska otwiera się od razu po pociągnięciu cięgna w kabinie. Jaecoo 7 w wersji Offroad to wóz z tak klasycznym napędem, że aż trudno uwierzyć, że takie auto może być dziś oferowane w Europie. Fani tradycyjnych silników będą w siódmym niebie. Nie ma wyboru. Pod maską pracuje turbodoładowany benzyniak o pojemności 1.6 litra i mocy 147 koni mechanicznych. Żadnej hybrydy, brak elektrycznego wspomagania. Automatyczna, 7-biegowa skrzynia. Ma to swoją cenę pod dystrybutorem, bo nie jest to oszczędne auto. Pali tyle, ile paliły auta tej wielkości, o takiej mocy i z napędem 4×4, czyli około 10 litrów na setkę. Nie ma w tym nic dziwnego. Dziś wszystkie te auta mają wspomaganie silnika elektrycznego. Oszczędni do wyboru mają hybrydę, ale ona ma inny charakter i jest to plug-in, wiec realnie jej zalety odkryją jedynie osoby, mające własne źródło prądu pod domem.
Spotkanie z Jaecoo 7 to spore zaskoczenie. Wóz okazał się naprawdę dopracowany i ładny. Jaecoo zaczyna z wysokiego C. Pamiętajmy od jakiego poziomu startowały u nas koreańskie marki 15-20 lat temu. Nikt nie traktował tych aut poważnie, były wyraźnie gorsze do uznanej konkurencji. Tu brakuje bardziej oszczędnego silnika. Chciałbym również, aby kolejna generacja miała bardziej precyzyjny układ kierowniczy. Ale jeśli Chińczycy równie szybko będą wyciągać wnioski i wprowadzać korekty w kolejnych generacjach swoich modeli to można być spokojnym o to, że za jakiś czas chińskie marki będą na naszym rynku równie mocne co znana, europejska konkurencja. Tylko wtedy ich auta nie będę już tanie.
Michał Karczewski, fot. autora, kwiecień 2026















































